Cierpliwości i zrozumienia

Wrocławski związek osób jąkających się potrzebuje pomocy specjalistów.

Spotykają się raz w tygodniu i wreszcie mogą normalnie porozmawiać. Bez pośpiechu, ponaglania, nerwowych gestów. Bo w codziennym życiu z powodu swojej wady wymowy natrafiają na problemy, o których ludziom nie jąkającym się nawet się nie śniło.

– Gdy mama wysyłała mnie na zakupy kupowałem za dużo albo za mało, bo miałem ogromne kłopoty z wypowiedzeniem słowa „trzy”. Dlatego zamiast trzech bułek, czy trzech kilogramów ziemniaków, kupowałem dwa lub cztery – opowiada Marek Dubiński, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Jąkających się.

Jak tłumaczy, każdy kto się jąka, ma „swoje” słowo, którego się boi. Marek Dubiński zna np. kobietę, która nie mogła wypowiedzieć nazwy miejscowości, do której jeździła PKS-em. Bojąc się żartów i docinków kupowała zawsze bilet autobusowy do wcześniejszej miejscowości i za każdym razem kilka kilometrów szła na piechotę. Inni zakupy robią tylko w sklepach samoobsługowych, przestali chodzić na pocztę, czy do urzędów, bo zniecierpliwione panie z okienka nie miały dla nich cierpliwości. Wielu, mimo wysokich kwalifikacji, ma kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy.

– Jąkanie to nie tylko dolegliwość fizyczna, ale też psychiczna – podkreśla Marek Dubiński. I właśnie żeby wspólnie przezwyciężać takie lęki, wrocławianie z tą wadą wymowy postanowili się zorganizować. W ubiegłym roku spotykali się w siedzibie Sejmiku Osób Niepełnosprawnych, teraz jedna z prywatnych szkół wyższych bezpłatnie udostępniła im salę przy ul. Wagonowej, gdzie zbierają się w każdą środę.

Czasem przychodzi kilka, czasem kilkanaście osób. Ale potrzebują też psychologów i logopedów, którzy znaleźliby czas, aby uczestniczyć z nimi w tych spotkaniach i pomogli im w terapii.

– Może zainteresuje się nami np. ktoś z pracowników naukowych uczelni zajmujący się tą wadą wymowy? Bo jedyna alternatywa to drogie terapie. A tak my, jako obiekt badań, też moglibyśmy mu pomóc – zastanawia się Arkadiusz Ceglarski, jeden z uczestników spotkań. Czego on i inni uczestnicy spotkań chcieliby od ludzi, którzy się nie jąkają? – Przede wszystkim cierpliwości. Żeby nie dokańczali za nas fraz czy wyrazów. Bo my wiemy, co chcemy powiedzieć – mówią zgodnie.

Płynnie i bez zacięć

Co łączy Mojżesza, Marilyn Monroe i Isaaka Newtona? Wszystkie te osoby jąkały się. Jutro po raz siódmy na świecie i po raz piąty we Wrocławiu obchodzimy Światowy Dzień Osób Jąkających się.

 

Z tej okazji w piątek od 11 do 16 na rynku będzie spotkanie.

– Zapraszamy na nie wszystkich, którzy mają problem z jąkaniem się albo chcą się czegoś na ten temat dowiedzieć – Marek Dubiński, prezes Wrocławskiego Oddziału Polskiego Związku Jąkających się. – Na miejscu będzie logopeda i osoby jąkające się, będziemy rozmawiać, pomagać i rozdawać ulotki – dodaje.

– To bardzo ważne, żeby rozmawiać z osobą, która się jąka tak samo, jak z wszystkimi innymi – mówi doktor Anna Majewska-Tworek, logopedka. – Nie zwracać uwagi na jąkanie, wzmocnić psychicznie, zachęcić do dalszej rozmowy, to jest najważniejsze.

– Chcemy szczególnie zachęcić osoby nieśmiałe, żeby przyszły. Pamiętajmy, że lepiej niepłynnie mówić, niż płynnie milczeć – uzupełnia Piotr Rudowicz, student i członek Wrocławskiego Oddziału Polskiego Związku Jąkających się. – Zamykanie się w sobie może być drogą w ślepą uliczkę. Jąkanie nie musi być problemem. Można sobie z tym poradzić. Jak?

– Najlepiej przyjść do naszego związku. Spotykamy się co środę o 17.30 w Dolnośląskiej Wyższej Szkole Edukacji na ul. Wagonowej. Prowadzimy tam zajęcia logopedyczne, relaksacyjne, myślimy o teatroterapii, czyli terapii poprzez występy sceniczne.

– Bardzo serdecznie zapraszamy też wolontariuszy. Nie trzeba mieć żadnych specjalnych umiejętności, ważna jest sama rozmowa. Taka pomoc jest nam bardzo potrzebna – mówi Marek Dubiński.

O jąkających się będzie można też usłyszeć w piątek przez cały dzień w Polskim Radiu Wrocław.

Przerywane rozmowy

Co łączy około 6 tysięcy wrocławian i kilka tysięcy Dolnoślązaków z Mojżeszem, Bruce’em Willisem, Jurkiem Owsiakiem i Marilyn Monroe? Wszyscy jąkali się albo jąkają, a w najbliższy piątek będą obchodzić swój dzień – Światowy Dzień Osób Jąkających Się.

Lepiej niepłynnie mówić niż płynnie milczeć – to hasło przyświeca jąkającym.

Spotkamy ich częściej, niż to sobie wyobrażamy. Są zamknięci w sobie, z pochylonymi głowami, wstydzą się odezwać, dlatego nie zwracamy na nich uwagi. A jeżeli już nawet zaczniemy z nimi rozmawiać, to tylko denerwuje nas ich jąkanie. Poganiamy, dokańczamy za nich zdanie, uśmiechamy się nerwowo. Im bardziej my okazujemy swoje zniecierpliwienie, tym częściej oni się zacinają. Kółko się zamyka.

Pierwsza reakcja – szok

– Problem z płynnością wymowy zauważyłem u siebie pod koniec podstawówki – opowiada swoją historię Piotrek Rudowicz, student architektury Politechniki Wrocławskiej. – Trafiłem do liceum, gdzie nikt mnie nie akceptował, śmiali się ze mnie, to potęgowało stres. Zacząłem wagarować i opuszczać się w nauce. Piotr szybko zmienił szkołę. W nowej spotkał ludzi diametralnie różnych. Nauczyciele i koledzy byli życzliwi i wyrozumiali. Nikt nie przedrzeźniał, nie śmiał się.

– To jest bardzo ważne, jak otoczenie odbiera i reaguje na osoby jąkające się – podkreśla Elżbieta Roszka, logopeda. – Bo jąkanie to nie jest zaburzenie mowy, tylko zaburzenie rozmowy. Jąkanie ma swoje korzenie we wczesnym dzieciństwie. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków ujawnia się między drugim a piątym rokiem życia.

– W tym okresie większość dzieci ma problemy z płynnością wymowy i jest to zupełnie normalne – tłumaczy Elżbieta Roszka. – Ale może się zdarzyć tak, że ta niepłynność zamienia się w jąkanie, a duży wpływ na to może mieć na przykład pójście do przedszkola, konflikty w rodzinie, zła atmosfera w domu.

Elżbieta Roszka większość swojej wiedzy w tej dziedzinie czerpie z własnego doświadczenia. Jej syn w wieku trzech lat zaczął się jąkać.

– To był szok – wspomina. – Z przerażeniem i ze łzami w oczach słuchałam własnego dziecka, które nie może skończyć wyrazu czy całego zdania. Na tym etapie reakcja rodziny jest najbardziej znacząca.

– Dziecko szybko uświadamia sobie, że źle mówi i zaczyna obawiać się swoich wypowiedzi – podkreśla Elżbieta Roszka. – Zamyka się w sobie, dlatego tak ważna jest praca rodziców. To od nich powinno się zaczynać terapię.

Wyzwolenie w grupie

Od pięciu lat we Wrocławiu działa oddział Polskiego Związku Jąkających Się. Jego prezesem jest Marek Dubiński, pracownik Politechniki Wrocławskiej, autor dwóch książek z sentencjami. To on organizuje cotygodniowe, integracyjne spotkania osób jąkających się, na które zjeżdżają ludzie z całego Dolnego Śląska.

„Lepiej niepłynnie mówić, niż płynnie milczeć” – to hasło, które wszystkim przyświeca na zajęciach, bo tylko tu osoby jąkające się mogą swobodnie opowiadać o swoich lękach, blokadach i stresach.

– Dla niektórych osób jest to pierwsze miejsce, gdzie nabierają odwagi, żeby w ogóle swobodnie coś powiedzieć – zaznacza Elżbieta Roszka.

Zajęcia prowadzone są na zmianę, przez specjalistów i osoby jąkające się.

– Próbujemy różnych form terapii – mówi Jola Krukowska, terapeutka. – Uczymy się być ze sobą i z otoczeniem.

– Wkrótce chcemy spróbować teatroterapii, czyli grania ról, które później mogą przydać się nam w życiu codziennym i publicznych wystąpień, bo takie sytuacje są dla nas bardzo stresujące – dodaje Piotrek.

Cotygodniowe zajęcia mają formę grupy wsparcia. Tu wspólnie rozwiązuje się problemy, uczy się, jak radzić sobie z przykrymi sytuacjami, kontrolować siebie, pokonywać lęki.

– Najgorzej jest, gdy ktoś próbuje dokończyć za nas wyraz albo zdanie – żali się Piotrek. – Wtedy często nasze wypowiedzi tracą sens. Wiemy, że ludzie chcą nam w ten sposób pomóc, ale to przynosi odwrotny efekt, bo potęguje nasze zdenerwowanie.

Wszystkie osoby jąkające się podkreślają, że najbardziej dla nich stresujące jest załatwianie spraw w urzędach, bankach, rozmowy telefoniczne czy stanie w kolejkach. Tam nie ma miejsca na wyrozumiałość.

– Wiadomo, że wtedy trzeba szybko coś powiedzieć, a jąkający się nie może wydusić z siebie słowa – mówi Marek Dubiński. – I wie, że ludzie stojący za nim zaczynają się denerwować.

Oprócz poważnych tematów i smutnych opowieści, na zajęciach jest dużo śmiechu. Atmosferę najlepiej rozładowuje Marek Dubiński, który uwielbia opowiadać kawały.

– Marek zna ich najwięcej – potwierdza Jola Krukowska. – Kiedy je opowiada, nie zająknie się ani razu. Na dowód, prezes PZJ opowiada dowcip, który jest również ulubionym żartem Andrzeja Wójtowicza, prezesa ogólnopolskiego związku.

– Podobno osoby jąkające się są najlepszymi kochankami, bo przeciągają i często powtarzają – śmieje się, a wraz z nim cała grupa.

Nauczmy się słuchać

Elżbieta Roszka często uczestniczy w spotkaniach osób jąkających się. Prowadzi zajęcia z komunikacji werbalnej i niewerbalnej, ćwiczenia oddychania, treningi relaksacyjne. Jest przekonana, że jąkanie w dużej mierze jest chorobą słuchającego.

– Myślimy, że osoba jąkająca się męczy się, a to nic bardziej mylnego. Dlatego powinniśmy kłaść teraz duży nacisk na uświadomienie społeczeństwa – podkreśla.

– Ludzie nie potrafią już słuchać – podsumowuje Jola Krukowska. – Wszyscy gdzieś się spieszą i skupiają się tylko na tym jak, a nie co się do nich mówi. Część osób jąkających się, która przełamała swoje lęki, często mówi o wyzwoleniu, o zrzuceniu z siebie wielkiego ciężaru. Ale, żeby mieć

takie poczucie, trzeba lat pracy nad sobą, dlatego tak ważna jest integracja i wspólne wspieranie.

– Jeżeli są ludzie, młodzi czy dorośli, którzy mają takie problemy i wiedzą, że muszą coś z tym zrobić, to niech koniecznie przyjdą do nas – apeluje Piotr Rutowicz. – Niech chociaż zobaczą, jak te zajęcia przebiegają i co mogą dać.

Zajęcia prowadzone są w każdą środę o godz. 17.30 w budynku Dolnośląskiej Wyższej Szkoły Edukacji przy ul. Wagonowej we Wrocławiu, a w ostatnią środę miesiąca w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 9 przy ul. Borowskiej

Ludzie jąkający inspirują

22 października jest od 12 lat obchodzony jako Światowy Dzień Osób Jąkających się (ISAD). Każdego roku odbywa się pod innym hasłem. Tegoroczne brzmi: Ludzie jąkający inspirują.

Jeszcze 20 lat temu był to poważny problem, który nierzadko wykluczał osobę jąkającą ze środowiska, a już na pewno zamykał drogę do kariery. Trzeba było nie lada samozaparcia, by pokonać jąkanie.

W Polsce świetnie poradził sobie z tym szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – Jurek Owsiak. Natomiast Adam Michnik udowodnił, że jąkając się, można odnieść sukces nawet w dziennikarstwie. Obaj są ludźmi, którzy – dzięki swojej postawie – inspirują. Każdy z nich jest bardzo aktywny. Podobnie jak prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Jąkających się Marek Dubiński, na co dzień pracownik Biblioteki Głównej Politechniki Wrocławskiej (na zdjęciu).

Marek kiedyś powiedział, że kto nie dąży do rzeczy niemożliwych, nigdy ich nie osiągnie. I choć od urodzenia jest niepełnosprawny, to ciągle pokonuje trudności, osiąga swoje cele i przy tym ma poczucie humoru, którym zaraża innych. Uwielbia sentencje Bliskiego i Dalekiego Wschodu, chińskie, japońskie, łacińskie.

Jąkanie
Jąkanie jest zaburzeniem komunikacji. Dotyka zarówno dzieci jak i dorosłych i jest przyczyną ich niskiej samooceny. Osoby jąkające nierzadko są nieakceptowane przez środowisko.

Źródło ->

Jąkanie to spętanie

Człowiek wszystkiego spróbuje, żeby tylko mówić gładko. Za wyjście z jąkania się trzeba słono zapłacić i Polacy płacą. Kłopot w tym, że drogie seanse terapeutyczne mają czasem mniej sensu niż te lansowane w kinie.

Film „Jak zostać królem” otrzymał 12 nominacji do Oscara, a powinien też chyba dostać specjalną nagrodę od jąkających się – jeśli nie otworzy im ust, to przynajmniej tym, którzy nie wiedzą, co to jest jąkanie, otworzy oczy na problem. Film nie pokazuje całej tragedii ludzi, którzy się zacinają i blokują, ale za to ma dobre zakończenie: Albert (Colin Firth), jąkający się książę Yorku, po wielu nieudanych terapiach trafia w końcu do Lionela Logue’a (Geoffrey Rush). Ten samozwańczy logopeda sprawia, że dukający książę staje się płynnie mówiącym królem Jerzym VI.

W rzeczywistości, szczególnie polskiej, nie tak łatwo o dobre zakończenie. Bywa, że koniec jest opłakany. – Głębokie depresje, samobójstwa – wymienia doktor Olga Przybyła z Zakładu Dydaktyki Języka Polskiego na Uniwersytecie Śląskim. Od lat zajmuje ją tematyka jąkania. – Ostatnio – opowiada – przyszedł do mnie 60-letni mężczyzna z synem. Dorosłym, 30-letnim, milczącym. Wszędzie chodzi z ojcem, bo sam nie jest w stanie wydusić słowa. To maksymalna logofobia, czyli patologiczny strach przed mówieniem.

 

Niestety, doktor Przybyła często widuje tak ciężkie przypadki. Wielu ludzi ma za sobą próby samobójcze, bo wychodzi z założenia, że lepiej już nie żyć, niż się odezwać. Na samą myśl o wydaniu z siebie dźwięku zalewa ich pot i krew – robią się czerwoni, zaczynają dygotać, głowa ucieka w bok, oczy w górę. Mowa więźnie w gardle, wygina ciało, czasami toczy się przy tym pianę z ust.

Jąkanie to nie tylko najbardziej przykra ze wszystkich wad wymowy, ale też – według specjalistów – zaburzenie rozwoju, zachowań, emocji. Ponoć można mieć do tego predyspozycje genetyczne, ale można też zacząć się jąkać z powodu urazu (szok, strach) albo gdy człowiek żyje w stresie, stoi przed nadmiernymi wymaganiami. – Z danych WHO wynika, że jąka się jeden procent populacji. Ale to stare badania, raczej nieaktualne – mówi doktor Mieczysław Chęciek, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Logopedycznego, który prowadzi Specjalistyczne Centrum Terapii Jąkania. Jego zdaniem jąkających się jest więcej. Doktor szacuje, że w Polsce przynajmniej 500 tysięcy. A będzie jeszcze więcej. Powód? Życie. Ostatnio bardzo przyspieszyło, a nie każdy jest w stanie pośpiech wytrzymać.

 Ręka za wyleczenie

Z telewizji, radia płyną potoki słów. Już nie wypada mówić z namysłem, teraz strzela się słowami, jeden puszcza serię, żeby uprzedzić drugiego. – W domu już od małego każdy jest strofowany: szybko, szybko. Mamy presję czasu – wyjaśnia doktor Chęciek. Jak tam było w przedszkolu, no mów, co tak dukasz? Wyduśże z siebie! A co w szkole? Dlaczego ty zawsze tak się guzdrzesz? No prędko, zaraz wychodzimy na angielski. Pakuj się na trening. Weź się w garść, nie bądź rozmemłany!

Pośpiech i te wszystkie „nara” zamiast „na razie”, „dozo” zamiast „do zobaczenia” z jednej strony wzmagają kłopoty z płynnym mówieniem, a z drugiej – pozwalają ukryć to, że poprawnie nie umie się mówić. – A krycie się, stosowanie uników to podstawowe strategie w jąkaniu – tłumaczy Sylwia Zientek, która prowadzi Centrum Terapii Jąkania w Bydgoszczy.

Z badań, które w ubiegłym roku doktor Przybyła przeprowadziła w szkołach (głównie województwa śląskiego, od podstawówki do liceum), wynika, że kto ma kłopot z mówieniem, woli się nie odzywać. Inaczej od razu dostałby w klasie łatkę „jąkała”, „śmieszny”, „głupi”. – Byłam porażona, kiedy czytałam w ankietach, jakich określeń na jąkających się używają uczniowie – opowiada doktor Przybyła. Zresztą przy przeglądaniu ankiet wypełnionych przez nauczycieli humor jej się nie poprawił. – Nie dostrzegają problemu – wzdycha. – Można, unikając mówienia, dojść do matury – dodaje. – Nauczyciele teraz nie lubią odpytywać, to zajmuje zbyt dużo czasu. Nie naciskają więc, żeby ktokolwiek mówił. A jeśli nawet ktoś z nauczycieli lubi pytać, to jąkający się uczeń woli udać nieprzygotowanego i od razu dostać jedynkę, niż iść do tablicy, męczyć się, wzbudzać wesołość klasy.

– Jąkanie to przypadłość, która nie budzi szczerego zrozumienia, lecz szczery śmiech – przyznaje Zdzisław Gładosz, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Jąkających się Ostoja. – Przy czym dzieciaki są szczere do bólu, z naciskiem na ból.

Róża Sobocińska, logopedka z Torunia, która z jąkającymi się pracuje od 22 lat: – Dostaję rozpaczliwe e-maile od młodych ludzi, którzy piszą, że woleliby nie mieć ręki lub nogi, niż się jąkać. Uważają, że mniej by bolało.

Są też wyrazy, które jąkających się przyprawiają o ból. To: „trwały”, „krtań”, „brawo”, „trawa”, „droga”, „krowa”. Jeśli ktoś ma na imię Tomek, Adam, Irena, to raczej spuchnie, niż przedstawi się bez zająknięcia.

– Kiedyś na terapii poznałem chłopaka, któremu 20 minut zajmowało powiedzenie, jak ma na imię – wspomina Gładosz.

– Spotkałem kolegę na przystanku autobusowym. Z uprzejmości zapytałem: „Dokąd jedziesz?” – wspomina Jarosław Hanulak (37 lat, cukiernik z Warszawy). – Obaj się jąkamy. A on strasznie był uprzejmy i zawzięty, żeby mi odpowiedzieć. Niestety, dusił się, cmokał, wykręcał ciało. Jego autobus przyjechał i odjechał, a on wciąż wymawiał jedno słowo. Nie przerywałem, rozumiałem: człowiek, kiedy już zacznie mówić, to chce skończyć.

Na rozruch sięga się po dźwięki zwane starterami, które powinny pomóc przełamać blokadę: „oj”, „no”, „tam tego”. Albo wypełniacze: „yyy”, „eee”, „uuu”. A i tak nie zawsze udaje się płynnie zacząć i skończyć zdanie.

– Kiedyś – opowiada Jarosław Hanulak – pięknie mnie zablokowało na dworcu PKS. Stałem przy kasie i nic. Trzeba kupić bilet na autobus, a ja nie mogę powiedzieć, dokąd chcę jechać. Ostatecznie kasjerka podała mi kartkę: „Niech mi pan napisze”. Napisałem, ale wolałbym, żeby mi pozwoliła wyjąkać się do końca.

Innym razem w osiedlowym sklepie odstał swoje w kolejce i już zabierał się do powiedzenia „Dzień dobry”. Tak długo się zabierał, że ekspedientce nie chciało się czekać na uprzejmości ani tym bardziej na to, co miałby jeszcze wykrztusić na temat tego, co miałaby mu podać. – „Czym mogę służyć?” – zapytała człowieka, który stał za mną. A ja? Jakby mnie ktoś w brzuch grzmotnął. Bolało – wspomina Hanulak. – Wyszedłem bez zakupów.

– Ludzie, którzy nie mówią płynnie, codziennymi niepowodzeniami wtrącani są do piekieł – uważa doktor Chęciek.

Piekłem jest sklep bez samoobsługi, rozmowa telefoniczna (trzeba się spieszyć, bo czuje się to oczekiwanie, napięcie po drugiej stronie). Piekłem jest też okienko (na poczcie, w banku, kasie biletowej), bo jest szyba, trzeba się pochylić, mówić głośno i wyraźnie. To wszystko jest piekielnie stresujące.

 Jeszcze się maluch zarazi

– Ludzie boją się mówić i boją się żyć – tłumaczy Marek Dubiński.
Jest prezesem wrocławskiego Klubu J, a często jest też nazywany prezesem wszystkich jąkających się w Polsce (po dziecięcym porażeniu mózgowym została mu niesprawna ręka, noga, no i długo miał też niesprawną mowę). Jako szef wrocławskiego koła widzi, co się dzieje w rodzinach, w których trafi się jąkające dziecko. Jaka jest w nich panika czasami, jaka histeria. – Matka krzyczy i płacze, wymusza na synu, żeby się odezwał. Ten bije się po twarzy, żeby tylko się zdyscyplinować, wydusić z siebie coś, wyartykułować – opowiada Dubiński.

Pracuje na Politechnice Wrocławskiej, skończył studia, zdał przed ministerialną komisją egzamin – ustny! – na bibliotekarza dyplomowanego. Ma więc dowód: przy odpowiedniej technice jąkanie można opanować, trzeba tylko stale czuwać, koordynować oddech, fonację, artykulację. Udaje mu się, więc ma powód do dumy. Ale ma też pamięć, a w niej niefajne obrazki. Żona, kiedy zaszła w ciążę, nagle zaczęła się od niego odsuwać: lepiej niech on przy niej i dziecku nic nie mówi, jeszcze maluch zarazi się jąkaniem. Dziecko urodziło się piękne i zdrowe, wyrosło, nie jąka się (ale małżeństwo się rozpadło).

„Jak zostać królem” to też dramat, ale historyczny. Colin Firth grający księcia Alberta zachęcany jest przez terapeutów do palenia papierosów. „Palenie rozluźnia” – tłumaczą. No to pali (w prawdziwym życiu książę przypłaci to rakiem płuc). Każą mu wypychać sobie usta kulkami (wszak Demostenes wkładał sobie do ust kamienie i proszę, jakim był mówcą), lecz i to nie pomaga – przyszły król o mało nie dusi się kulkami. Dopiero Lionel- Logue jest ratunkiem, choć jego metody na kinowej sali wzbudzają raczej śmiech niż podziw: a to każe księciu czytać Szekspira tak, żeby sam siebie nie słyszał (zakłada mu słuchawki i puszcza płytę z głośną muzyką), a to powoduje, że z książęcych ust płynie potok przekleństw.

Albert – ten prawdziwy, syn króla Jerzego V – był dzieckiem o słabym zdrowiu, kruchym. I choć od urodzenia był tytułowany Wasza Królewska Wysokość Książę Albert z Yorku, nie leczyło go to z kompleksów i nie powstrzymywało od płaczu. Miał notoryczne problemy z żołądkiem i trzęsącymi się kolanami (zapobiegliwie wkładano mu nogi w szyny), a choć był mańkutem, przymuszano go do pisania prawą ręką (co ponoć, jak twierdzą znawcy, może wieść prostą drogą do jąkania).

W australijsko-brytyjskim dramacie Logue niby-żartem rzuca z ekranu, że za swój terapeutyczny wysiłek chciałby otrzymać tytuł szlachecki. Współcześni terapeuci polscy (szczególnie samozwańczy, bez dyplomów) też chcą dużo. I to nie są żarty.

 Złota żyła terapii

– Niektórzy żądają za terapię od 9 do 12 tysięcy złotych. Przy czym nie ma żadnej gwarancji, że przyniesie ona oczekiwany skutek – mówi prezes Gładosz.

Zdarza się, że po jednej terapii opłaca się kolejną, i kolejną. Bo terapeuci na zachętę pokazują listy dziękczynne od tych, którym udało się opanować jąkanie.

– Nie wszyscy jąkamy się tak samo, więc to, co jednemu pomoże, drugiemu może wręcz zaszkodzić – rozumuje Anna Balawajeder. Ma 33 lata, mieszka w Lublinie, jest księgową. Zapisywała się na wiele terapii, ale nie czuła poprawy. – Archaiczne, nic mi nie dawały.

– Przeszłam dużo terapii – mówi z kolei Renata Margalska z Torunia. – A efektów nie było. Po jednej z nich mówiłam dużo gorzej.

Jest urzędniczką, w dodatku wiceprezeską toruńskiego oddziału stowarzyszenia osób jąkających się, więc nie może zamilknąć. – Ćwiczę sama, codziennie. Wstaję rano i czytam głośno, wybijając rytm ręką, na sylabach. Ale – zastrzega – nie każdemu może to pomóc. W moim przypadku akurat się sprawdza. Poza tym dużo daje pozytywne spojrzenie na życie.

 Ześwirował, bo zaczepia

Na rynku jest wiele metod, między innymi profesora Bogdana Adamczyka, Dennisonów, Van Ripera, Lilii Arutiunian, Weroniki Sherborne. Są centra i gabinety leczenia jąkania, które hołdują jednej metodzie, ale są też takie, które z każdej czerpią po trochu.

W terapiach jedni na początek zalecają milczenie trzydniowe, inni każą zamilknąć na osiem dni. Jedni po zakończeniu milczenia zalecają mówić sylabami, inni wolniej i śpiewniej, jeszcze inni bardzo wolno, bez przerw i intonacji. Tak oto człowiek ma być jak cyborg, bez emocji, wydawać z siebie głos baaaaaardzoooobaaaardzoooowooolnooo. Średnio kilka miesięcy, nawet do roku trzeba wytrzymać, mówiąc tak zuuuuupeeeeełnieeeeeejaaaaaaknieeeeeeczłooooooooooowieeeeeeeeek. Osobom, które chcą pozbyć się jąkania, nakazuje się taaaakiiiiimwoooooooo-lnyyyyyymteeeeeempeeeeem zaczepiać ludzi na ulicy, zadawać po 50 pytań dziennie.

– Przecież to nie jest normalne – oburza się na nienaturalne spowalnianie mowy doktor Krzysztof Szamburski, psycholog i logopeda. – To katastrofa. Ludzie zaczepiani w ten sposób na ulicy uciekają, pukając się w głowę. Myślą: nie dość, że jąkała, to jeszcze ześwirował.

– Na zagranicznych sympozjach ta metoda była wielokrotnie krytykowana, ale u nas wciąż uparcie się ją stosuje – mówi doktor Chęciek.

Jąkający wierzą terapeutom. Nawet gdy raz każe im się przy mówieniu kręcić młynki ręką (można kręcić w kieszeni, żeby nie było widać), a innym razem wybijać rytm – trzeba się klepać ręką w udo, bo w udzie ponoć mieści się ośrodek spokoju całego ciała.

– Choć jąkanie to przypadłość, z powodu której w Polsce można zostać zakwalifikowanym do grupy inwalidzkiej, to nie ma opieki, która byłaby systemowa, do tego bezpłatna – wzdycha na to wszystko Zdzisław Gładosz.

– Z opieką nad dziećmi jest marnie, ale są poradnie, dyżurują logopedzi, coś się robi. Z dorosłymi nie robi się nic – przyznaje doktor Szamburski. W ramach etatu w Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej TOP w Warszawie zajmuje się terapią dzieci. W wolnych chwilach razem ze znajomym społecznie wspiera dorosłych. Na jego zajęcia w ramach Klubu J przychodzi 10–20 osób.

Takich samopomocowych terapeutycznych kół jest w Polsce ledwie kilka: w Lublinie, Katowicach, we Wrocławiu, w Toruniu…

– Z bezpłatnego wsparcia korzysta może w sumie ze 300 dorosłych osób – szacuje doktor Szamburski. Reszta wybiera terapie płatne, ewentualnie można chodzić na jogę, akupunkturę (nakłuwanie krtani), w desperacji idzie się też w alkohol (odpręża i – jak wiadomo – rozwiązuje język). Niektórzy biorą leki na uspokojenie albo wykupują seanse hipnotyczne.

Na front walki z jąkaniem wysyła się też cyfrowe uzbrojenie: na rynku pojawiły się korektory mowy, echodyktafony, echorepetytory, metronomy, oscylografy, rynofony, psychorelaksometry. Wszystko po to, by korygować, stymulować, mierzyć głos, wdechy, wydechy, poziom emocji (gdy się człowiek zdenerwuje – na ekranie zaraz pojawia się wykres zdenerwowania). To wszystko też kosztuje. Na ogół od tysiąca do trzech tysięcy złotych.

 Jesteśmy żuczkami

– Można poradzić sobie z jąkaniem, ale potrzebne jest fachowe wsparcie – mówi Jarosław Hanulak. – Jesteśmy jak te żuczki gnojarze, które latami się nie skarżą, zwijają w kulę swój problem i tak toczą ją i toczą, aż w końcu kula je przerasta. Powinien znaleźć się ktoś, kto popchnie tę kulę w diabły, kto nam ulży.

On ma szczęście, działa w warszawskim Klubie J, może liczyć na pomoc doktora Szamburskiego, który nie bierze od klubowiczów ani grosza. W wielu miastach, gdzie nie ma takich klubów ani takich doktorów, jest duży problem – przy czym to, co jąkający widzą jako wielką górę swoich kłopotów i nieszczęścia, drudzy mają po prostu za górę złota.

Małgorzata Święchowicz

„Przekrój” 6/2010, s. 14 – 16.

 

Król na terapii

Film Toma Hoopera jest porywającą opowieścią o samotności władzy i potędze przyjaźni, w której dyskretnie przegląda się historia pierwszej połowy XX w.

Następca tronu książę Albert z Yorku (Colin Firth) ma kłopoty z mówieniem, jąka się. Moment też jest nieszczególny. Trzeba stawić opór Hitlerowi i przekonać do tego miliony poddanych. W pokonaniu kompromitującej słabości ma pomóc lekarz amator, terapeuta mowy (Geoffrey Rush), stosujący niekonwencjonalne metody. Łamanie dworskiego sztywniactwa oraz wyniosłych, królewskich manier stanowi istotny element dramaturgii filmu. Lecz niejedyny. Od zwykłej komedii o niedogodnościach obejmowania tronu „Jak zostać królem” różni solidna dawka poważnej psychologii.

Hooper nakręcił kameralny, miejscami bardzo śmieszny film o spotkaniu dwóch nieprzystających do siebie światów oraz systemów wartości. Ostoi tradycji, reprezentującej wolę i duszę narodu monarchii, oraz chaotycznego świata demokratycznego, hołdującego zasadom równości i lekceważenia odwiecznej hierarchii. Oba niespecjalnie chronią nadwrażliwe jednostki. Niemniej świat królewski rani je bardziej, czego dowodem traumy wyniesione z dzieciństwa przez młodego księcia Alberta, skutkujące jego blokadą i lękiem przed odpowiedzialnością.

Prawdziwi przyjaciele

Historia przyjaźni, lojalności i zaufania dwóch mężczyzn pochodzących z różnych sfer: króla i psychoanalityka bez dyplomu, wydarzyła się naprawdę. Trudno powiedzieć, co jest w niej lepsze – pomysł na przedstawienie kluczowego momentu burzliwej epoki z perspektywy nieradzącego sobie ze swoimi kompleksami władcy, szarlatańska błazenada konowała próbującego zjednać sobie sympatię króla czy może koncertowy popis aktorstwa Firtha w roli królewskiego strażnika cnót i Rusha jako jego uzdrowiciela. Niewątpliwe jest to, że na Oscary zasłużyli obaj.

Dziś Dzień Osób Jąkających Się

Choć dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z problemem jąkania się, może się ono wydawać zabawną przypadłością, w gruncie rzeczy jest to skomplikowane i bardzo uciążliwe schorzenie, nierzadko o podłożu nerwowym. Wrocławski oddział Polskiego Związku Osób Jąkających działa już od 11 lat. Przez organizację przewinęło się w tym czasie ponad 80 osób, a na spotkania regularnie przychodzi ich około 12.

Takie organizacje są osobom jąkającym się bardzo potrzebne, bo nierzadko ludzie ci są pozostawieni ze swoim problemem samym sobie. – Dzieci są otoczone opieka pedagogiczną i logopedyczną w szkole, natomiast dorośli maja o wiele trudniej, dlatego w większych miastach Polski osoby jąkające się spotykają się i wzajemnie wspierają – wyjaśnia Marek Dubiński, prezes i założyciel wrocławskiego oddziału.

Na takich spotkaniach można m.in. poćwiczyć pod okiem logopedy, uzyskać pomoc w uzyskaniu orzeczenia o niepełnosprawności, a przede wszystkim znaleźć psychologiczne wsparcie.

Bo problem jąkania się często wiąże się z wykluczeniem społecznym. Żeby przezwyciężyć problem, potrzeba wielu lat terapii logopedycznej, ale osobom jąkającym się, bardzo pomaga też aktywność. – Najlepsza terapią było dla mnie założenie wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Osób Jąkających się – wyznaje Marek Dubiński. – Żeby wszystko załatwić musiałem rozmawiać wieloma osobami, także telefonicznie, więc byłem zmuszony przezwyciężyć trudności w mówieniu i udało mi się – dodaje.

Panuje stereotyp, że osoby jąkające się są skazane na proste zawody, w których nie musiałby zbytnio się udzielać, tymczasem Marek Dubiński sam pracuje na Politechnice Wrocławskiej w Bibliotece Głównej i OINT.

A najlepszymi przykładami osób, które mimo problemu jąkania się osiągnęły olbrzymie sukcesy są w Polsce Adam Michnik i Jerzy Owsiak.

Następne spotkanie wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Osób Jąkających się odbędzie się 9 listopada w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej (Rynek 58).

Źródło ->

Ludzie z zacięciem

Dlaczego jąkający się są najlepszymi kochankami? Bo się zatrzymują i powtarzają. Najtrudniej jest śmiać się z własnej ułomności, ale jest to możliwe. Pod warunkiem, że przełamie się strach. I to jest największa bariera dla każdego jąkającego się.

Piotr Rudowicz jest na czwartym roku architektury. Jąkać zaczął się w szkole podstawowej, ale eksplozja nastąpiła w liceum. Nowe środowisko, nowi nauczyciele, nacisk na rywalizację. A Piotr jest bardzo ambitny i zależy mu, aby wypaść dobrze. Może nawet za bardzo, bo dowcipy o jąkających się opowiada na koniec spotkania, dopiero kiedy przekona się, że mówiący płynnie rozumie problemy zacinających się.

Wszystko przez stres

– Jąkanie się, zacinanie to normalny etap w rozwoju mowy u każdego dziecka – mówi Marek Dubiński, który podobnie jak Piotr należy do elitarnego towarzystwa osób jąkających się. Na całym świecie jest ich zaledwie 1 procent, ale za to jakie to towarzystwo! Z ulotki przygotowanej przez Polski Związek Jąkających się można dowiedzieć się, że zacinali się nie tylko cesarz Klaudiusz czy Demostenes, który dykcji i wymowy uczył się, mówiąc z kamykami w buzi. Słynne jąkały to również Jaś Fasola, czyli Rowan Atkinson, Karol Darwin, Romario i Bruce Willis. Niewiele w tym gronie kobiet. Znane nazwiska to Marilyn Monroe i Klara Barton, ale nie ma w tym nic dziwnego. Jąkanie się występuje czterokrotnie częściej u chłopców niż u dziewczynek.

– Lepiej niepłynnie mówić niż płynnie milczeć – mówi Marek Dubiński. A Piotr Rudowicz dodaje: – To jest hasło, które powinien mieć w głowie każdy człowiek, który się jąka. Bo jedynym sposobem walki z zacinaniem się jest mówienie.

Ale w trakcie rozmowy okazuje się, że walczyć trzeba tak naprawdę z samym sobą. Z upartym dążeniem do perfekcji, ambicją, napięciem mięśni, które sprawia, że traci się oddech. Wiem, że to może wydawać się dziwne, ale kiedy idę korytarzem uczelni i widzę z daleka wykładowcę, kurczę się w sobie. Cały czas w głowie mam myśl, że muszę mu powiedzieć “dzień dobry”. Niby nic, zwykłe przywitanie. A ja spinam się, bo chcę powiedzieć to płynnie, bez zacinania. Żeby nie pomyślał, że jestem niegrzeczny – opowiada Piotr, który przyznaje, że podobny stres przeżywa na zajęciach, kiedy odczytywana jest lista obecności. Zdrowy rozsądek mówi mu, że to czynność, którą powtarza od początku studiów, na każdych ćwiczeniach, czwarty rok. Ale najwyraźniej to “zacięcie” tkwi w nim tak głęboko, że wbrew Piotrowi gwiżdże na zdroworozsądkowe argumenty.

Dzisiaj łatwiej

Marek Dubiński nie ukrywa, że dzisiaj sytuacja jąkających się jest o niebo lepsza niż 10 – 20 lat temu. Wtedy nie było zrozumienia dla kogoś, kto się zacina, o czym sam przekonał się w szkole, a potem na studiach. Ale skończył bibliotekoznawstwo i dzisiaj pracuje w bibliotece na Politechnice Wrocławskiej. Z przekonaniem tłumaczy, że każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów, tylko że jąkający się często tego nie robią z obawy przed ośmieszeniem. – Tak nie można, bo wtedy rośnie w człowieku blokada. Ja się nauczyłem, że trzeba mówić, nawet jeśli słuchający musi poczekać trochę dłużej na te kilka zdań. I trzeba uświadamiać ludziom, którzy nie mają problemów z mówieniem, ich złe zachowania w stosunku do jąkających się – tłumaczy Marek Dubiński.

I na dowód opowiada, jak to niedawno dzwonił w sprawie służbowej. Telefon odebrał jakiś mężczyzna. Dubiński musiał nabrać rozpędu i zacinał się, co często zdarza się w czasie rozmowy z kimś nieznajomym. Wtedy usłyszał w słuchawce: – Co się tak jąkasz? Zdenerwował się, ale nie odpuścił. – Tak, jąkam się. I to nie pańska sprawa, a jak się odbiera służbowy telefon, to wypadałoby być grzeczniejszym – odparował i chyba się wtedy ani razu nie zaciął.

Obaj przekonują, że najgorszą rzeczą, jaka się może przytrafić, jest robienie dramatu z jąkania.

Dubiński podaje przykład matki, której synek nagle zaczął się jąkać. Kobieta nie potrafiła sobie poradzić z sytuacją, płakała, a dziecko widząc reakcję matki, biło się po twarzy, kiedy zaczynało się zacinać. – Ta pani zgłosiła się do nas rok temu. Szybko okazało się, że pomoc potrzebna jest bardziej jej niż dziecku – mówi Dubiński.

Rudowicz z kolei podaje przykład znajomej logopedki, której dziecko w wieku kilku lat zaczęło się zacinać. Chłopczyk zaczął wtedy chodzić do przedszkola. Wszystko się uspokoiło, kiedy matka zdecydowała, że zostanie w domu. Minął stres, minęło jąkanie się. Dzisiaj dorosły już mężczyzna nie pamięta tego epizodu.

Sprawa emocji

Według specjalistów jąkanie się jest problemem emocjonalnym. Andrzej Wójtowicz, były prezes Polskiego Związku Jąkających się, porównuje je do góry lodowej. Wierzchołek wystaje ponad powierzchnię, a ogromna masa ukryta jest pod wodą. Tą masą w przypadku człowieka są złość, frustracja, ambicja, niepewność i najważniejsze – brak wiary w siebie.

Kiedy rozmawiasz z jąkającym się, nie poganiaj go, patrz mu w oczy, nie dopowiadaj słów i zdań. To tylko pogarsza sytuację. W dekalogu jąkających się jedno z przykazań nakazuje nam “mówić, mówić i jeszcze raz mówić”. Dlatego pozwólmy wygadać się tym, którzy się zacinają – dodaje Piotr Rudowicz.

Dzisiaj we Wrocławiu w Rynku (ul. Świdnicka/Oławska w godz. 11-16 będzie można uzyskać informacje na temat pomocy. Jeśli się jąkasz, możesz też zadzwonić pod nr. tel. 0 600 695 865 lub przyjść w każdą środę o godz. 17.30 do Dolnośląskiej Szkoły Wyższej Edukacji przy Wagonowej 9 we Wrocławiu